Tak to się zaczęło

Dawno, dawno temu kiedy po czternastu dniach od pamietniej niedzieli - dnia siódmego, kiedy to wszystko okazało się dobre co Bóg stworzył, gdzie teoretycznie nie było już co stwarzać bo wszystko było - Bóg postanowił stworzyć góry. Miało to na celu pokazanie ludziom, iż widok z okolic okołoniebnych na ziemię może dać im coś czego do tej pory nie mieli na ziemi.

Idąc tym śladem, postanowiliśmy zebrać się i sprawdzić czy to prawda...

sobota, 17 grudnia 2011

Orla Perć!

W dniu 20.08.2011 postanowiliśmy przejść najtrudniejszy polski szlak w tatrach - Orlą Perć.

Po krótkim aczkolwiek treściwym noclegu w Hubie, położonej niedaleko Jeziora Czorsztyńskiego dostaliśmy się do parkingu przy sławnym rondku z fontanną w Zakopanem, położonym niedaleko tej stacji benzynowej, co to Jej platforma poczyniła spustoszenie w wodach Zatoki Meksykańskiej.

Ponieważ było troszkę po 6:45 rano, a do Kuźnic można dojechać jedynie busikiem, spakowaliśmy manatki i co sił w nogach i z mocą smrodzącego środowiska busika pognaliśmy w stronę dolnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch.

Będąc w okolicach godziny 7-mej przy stacji, zastaliśmy jak to w sobotni wakacyjny pogodny dzień tłum prognozujący dwugodzinną gehennę w kolejce oczekujących.

Ze wstydem trzeba się przyznać ale "wykupiliśmy" miejsce w początku kolejki, co kosztowało nas 70 zł, w podzieleniu na 9 osób nie stanowiło aż tak koszmarnego obciążenia dla indywidualnych budżetów wycieczki.

Cwaniactwo Polaków oraz notoryczna pokusa do kombinowania i obchodzenia wszystkiego i wszędzie sprawiły iż wyjechaliśmy w górę wyjazdem o godzinie 8:00.

Kasprowy Wierch (1987 m n.p.m.) powitał nas pięknym słońcem, wychodzącym spod porannych chmur, który oddalał się od ostrych szpiców Tatr w stronę Zakopane-Centrum i dalej...

Na szczycie też troszkę zeszło, i w końcu po wszelkich przetasowaniach wyruszyliśmy po blisko 50-ciu! minutach czerwonym szlakiem w kierunku Świnicy (2301 m n.p.m.), skąd w coraz to większym tłumie udaliśmy się nadal czerwonym szlakiem w kierunku przełęczy Zawrat.

Widoki stawały się coraz piękniejsze zarówno tę na stronę Zakopanego, min. Zielony Staw, Długi Staw, oraz Zadni Staw Gąsienicowy. Pogoda w dalszym ciągu dopisywała. W oddali było widać Babią Górę i Pilsko. Natomiast widok na Dolinę Pięciu stawów był tym razem od innej strony niż ze Szpiglasowej Przełęczy, skąd wreszcie mogliśmy ujrzeć taflę Zadniego Stawu Polskiego (1890 m n.p.m.), położonego najwzyżej z wszystkich pięciu stawów.

Przełęcz Zawrat (2158 m n.p.m.) a wraz z nią przecięcie się szlaków niebieskiego, prowadzącego z Doliny Pięciu Stawów na Halę Gąsienicową, powitały nas tłumami, jakich do tej pory było względnie mało. No może więszke spiętrzenie było jedynie przy górnej stacji kolejki na Kasprowy. Ale to co innego, bo tutaj już trzeba było na własnych nogach, a nie w "szpileczkach"...

Od przełęczy Zawrat, a mieliśmy już troszkę w nogach po Świnicy rozpoczęliśmy wspinaczko, marszo-chód, a w większości korko-postój najbardziej niebezpiecznym szlakiem w Tatrach - Orlą Percią. Nadal oznaczenie było w kolorze czerwonym. Szlak z racji wysokiego zaludnienia, od przełęczy Zawrat do Koziego Wierchu jest jednokierunkowy. My i 98 % zwiedzających szło szlakiem "z prądem" jednak kilku śmiałków (lub debili jak kto woli) znalazło się po drodze, idących "pod prąd".

Po osiągnięciu Koziego Wierchu (2291 m n.p.m.), zapadła decyzja o dłuższym postoju. W sumie nie było wszystko tak wycieńczające dla nóg, gdyż dużą część trasy człowiek musiał stać w korku, gdzie odpoczywał ale też we wspinaczce część ciężaru wyprawy przejmują ręce (obowiązkowo w rękawicach), które za pomocą łańcuchów lub bez, pomagają człowiekowi zbliżyć się do chodu małpy :-)

Od Koziego Wierchu, gdzie odbija czarny szlak do Doliny Pięciu Stawów, obłożenie szlaku zmalało. Po zdobyciu Buczynowej Strażnicy (2242 m n.p.m.), trzeba było lekko odbić w dół, bardzo stromym zejściem, i mnóstwem odpadających kamieni przy opadających siłach, sens wyprawy zaczął powracać do naszych myśli.

Następnie ostrym podejściem, prawie pionowym zaczęło się zdobywanie Granatów.

Jako pierwszy "pod młotek" poszedł Zadni Granat (2240 m n.p.m.), skąd nieco zapomnianym szlakiem, i dużo mniej uczęszczanym niż do tej pory kierowaliśmy się  w kierunku Skrajnego Granatu (2225 m n.p.m.), po drodze "zahaczając" o Pośredni Granat (2234 m n.p.m.). Gdzie spotkała nas przemiła przepaść z łączącym dwie skały łańcuchem.

Do pełni szczęścia i kompletu trasy brakowało nam jedynie dojście do przełęczy Krzyżne.

Z tej ostatniej zrezygnowaliśmy, bo na Skrajnym Granacie będąc nasze zegarki zaczęły pokazywać godzinę siedemnastą, co w połączeniu z zejściem do schroniska Murowaniec w Dolinie Gąsienicowej i dalszym zejściem do Kużnic nie dawało szans na zejście przed zapadnięciem zmroku.

Poza tym zaczęło wszystkim brakować wody!!! co było z pozoru błahym problemem, jednak im dłużej bez wody szliśmy tym problem ten stawał się bardziej uciążliwy.

Zejście żółtym szlakiem w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego wydawało się nie mieć końca... szło się i szło, cały czas w dół, przy różnych stromiznach, przy dziesiątkach zakoli, schodach, schodkach wydeptanych z kamieni... co przy coraz niższym słońcu miało swój dramatyzm ale także i urok. W końcu po ponad dwóch godzinach dostaliśmy się do tafli stawu...

I tu nagle się okazało jak ważnym elementem w życiu jest woda. Woda jako źródło życia, bez której kilka godzin staje się udręką. Woda ze stawu, odpowiednio zimna była w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby jakie wtedy przyświecały nam na miejscu. Była napojem, była ochłodzeniem, była ukojeniem dla zmęczonych stóp. Woda tchnęła w nas nowe siły, nowe perspektywy myślenia o dalszej wyprawie. Tak niewiele trzeba czasem człowiekowi, aby móc normalnie żyć. Na codzień tego nie dostrzegamy....

Dojście do schroniska Murowaniec na Hali Gąsienicowej to była formalność (trwająca prawie godzinę) gdzie czekało na nas zimne piwko i ciepła herbata. Po takiej "kolacji" przy zapadającym zmroku można było tylko iść dalej w kierunku Kuźnic niebieskim szlakiem.

Po dwóch godzinach szybkim w miarę marszem z czołówkami na głowach byliśmy u dolnej stacji kolejki, gdzie po krótkim targowaniu się dojechaliśmy na miejsce startu.

Woda dała nam taki zapał, że kierowca busika podczas targowania się, widząc naszą determinację i nieugięcie stwierdził "dobra, zawiozę Was za tyle ile chcecie, bo widzę że macie tyle sił, że doszlibyście jeszcze do Warszawy"

czwartek, 18 sierpnia 2011

Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m.

"Nieużyty frak
Dziurawy płaszcz
Znoszony but

Zapomniany szal
Zaszył się w kąt
Niemodny już

Każda rzecz
O czymś śni
Odstawiona
Jeszcze chce
Modna być
Zanim cicho skona

I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso..."

(Fragment Piosenki Zespołu Zakopower: Boso, Autor: Bartłomiej Kudasik, Sebastian Karpiel 
Bułecka)

My postanowiliśmy tym razem pożegnać te rzeczy i znowu ruszyliśmy... tyle że nie boso. A w  
butach. Conajmniej do kostki.

DOJAZD

Dnia 14.08.2011, w niedzielę po południu, w środku długiego weekendu rozpoczął się szturm na 
najbardziej zapchane miejsce w kraju, czyli Zakopane. Po udanej drodze w systemie OSŁZ (Omijanie 
Szerokim Łukiem Zakopianki), dotarliśmy do Zakopanego od strony Kościeliska, gdzie dopiero w 
okolicach Krzeptówek utknęliśmy w stojącym korku i z prędkością żółwia udaliśmy się do centrum 
miasta celem znalezienia noclegu.

NOCLEG

"Głupi zawsze ma szczęście" - to motto które przyświeca mi już od dawna, i coś w tym jest...
My pojechaliśmy na tzw. "PAŁĘ", co oznaczało wielką improwizację i o ile zawsze takie 
rozwiązanie zbytnio nie utrudniało znalezienie właściwego lokum, o tyle wraz z biegiem 
nieudanych poszukiwań i odwiedzeniu co nowszych "sypialni" znalezienie CZEGOKOLWIEK stawało się 
coraz mniej prawdopodobne. Zwłaszcza iż godzina przyjazdu a następnie rozpoczęcia poszukiwań 
nakładała się z nadejściem zmierzchu. Zaczęło się robić ciemno... zawiało chłodnym wiatrem, 
zapachniało niepewnością... zaczęło się robić niewesoło...
Niewesoło było w klilkuosobowej kolejce do recepcji w Hotelu Hyrny, gdzie pani recepcjonistka 
kilka osób przed nami odesłała z kwitkiem, a po ostatniej angielskiej odmowie turystom 
zagranicznym, zrezygnowani, spytaliśmy, "czyli naprawdę nic nie ma?" - niestety, odpowiedziała 
pani R. jednak po chwilowym pomęczeniu jej w sensie słownym... patrząc na naszą trójkę odparła 
iż jest apartament dwuosobowy w cenie 280 zł co przy szybkim przeliczniku 280zł:5(osób)=56zł/os. 
stanowiło cenę akceptowalną. Szybka decyzja: TAK, bierzemy! Uff, kamień spadł z serca. Tym 
bardziej, że w luksusowych warunkach, z łazienką, dwoma pokojami, aneksem kuchennym... MEGA!

KRUPÓWKI

Być w Zakopanem i nie poczuć ścisku Krupówek, to jak pojechać nad morze i nie wejść na plażę... 
Pstrąg z grila smakował wyśmienicie, jednak kolejka śliwowicy w cenie 15 zł to już przegięcie w 
typowo Polsko, Zakopiańskim stylu. Pazerność ludzka nie zna granic. BLEEEEEEE!


RANEK

Poranek przywitał nas piękną pogodą, jak na farciarzy przystało, co po ciężkim wieczorze 
oznaczało, że niestety musimy iść... nie zdając sobie sprawy co nas będzie czekać...

Po oporządzeniu się, wybraniu się i dojechaniu do Palenicy Białczańskiej, nieopodal przejścia drogowego w łysej Polanie zaparkowaliśmy samochód na dużym parkingu przy drodze asfaltowej prowadzącej na Morskie Oko.

Asfaltem szliśmy w tłumie (jeszcze nie tak wielkim, ale w tłumie) aż do Wodogrzmotów  Mickiewicza, skąd zielonym szlakiem odbiliśmy w stronę Doliny Roztoki. 
Trasa umiarkowanie ciężka, jednak z początku bardzo uczęszczana, i ciężko było wyprzedzać "Dziunie w sandałkach", "Młodzież w trampkach" czy "Włóczykija" w kapeluszu o średnicy ronda bliskiej średnicy pierścieni Saturna. Jednak im bardziej zbliżaliśmy się do skrętu na czarny szlak, prowadzący do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich tym wszelakich okazów niegórskich robiło się coraz mniej...

Im "okazów" było mniej, tym więcej zaczęło się wynurzać widoków, do tej pory niespotykanych, coraz bardziej zapierających dech w piersiach...


Po odbiciu na czarny szlak, w kierunku schroniska stromizna zrobiła się dużo większa i trzeba było robić więcej przerw... Nagroda za strudzenie nastąpiła szybko i po 0,5h osiągnęliśmy Schronisko, które leżało u stóp pierwszego z pięciu stawów (Przedni Staw Polski), a tafla wody w kolorze morskim prawie sięgała murów budynku.



DOLINA PIĘCIU STAWÓW

Po zjedzeniu pięciu porcji szarlotek, wypiciu kaw, herbat, podpieczętowaniu książeczek, mając w 
nogach już swoje, a w głowie nie wiedząc ile nas czeka postanowiliśmy wyruszyć niebieskim 
szlakiem do Niżnego Solniska, skąd odbijał żółty szlak, którym z kolei mieliśmy osiągnąć 
Szpiglasową Przełęcz (2110 m n.p.m.).
Ów odcinek zdominowany jest przez trzy stawy. W głównej roli z największym Wielkim Stawem 
Polskim. Okrążenie z trzech stron, przy jednoczesnej zwiększającej się wysokości trasy, pozwala 
na podziwianie widoków, o do tej pory były dostępne jedynie na kartkach, w książkach i 
przewodnikach... Wkomponowanie tych zbiorników między skaliste gronie sprawia iż cała dolina 
daje wrażenie zamkniętego raju powyżej ziemi...




Podejście żółtym szlakiem dawało nam troszke po tyłkach, a właściwie po mięśniach nóg, które to 
były wystawione na dużo większe obciążenia niż dotychczas... wszystko to jednak nic, w 
porównaniu do tego co czekało na nas pod samą przełęczą...

ŁAŃCUCHY

Łańcuchy to ulubione miejsce naparzania piorunów... nam jednak przy słonecznej pogodzie bardzo 
się przydały, i wspinaczka nimi oprócz pomocy we wspinaniu stanowiła nie lada atrakcję.
Stromizny były niemałe. Ale widoki i odczucia - nie do zapomnienia. Tak więc bez komentarza, 
kilka zdjęć poniżej:


PRZEŁĘCZ SZPIGLASOWA

2110 metrów. Szacunek. Wkońcu jest widok na drugą stronę. Z Przełęczy można albo iść na szczyt Szpiglasowy Wierch, albo w dół do Morskiego Oka. Żółtym szlakiem.


SZPIGLASOWY WIERCH

2172 metrów. Widoki ze szczytu - nieziemskie. Z jednej strony na Słowację, jezioro w dolinie Temnosmrecinskej, 



natomiast po Polskiej stronie w oddali Morskie Oko, a nad nim Czarny Staw.



Cała wyprawa w tym miejscu osiąga punkt kulminacyjny, punkt z którego już będzie tylko niżej. Ale satysfakcja pozostanie. Cel zdobyty. Jesteśmy tam, gdzie już nie każdy dociera... a to krzepi. Wyżej już się nie da!

Początek i koniec. Alfa i Omega.


ZEJŚCIE

Żółty Szlak, który prowadzi ze Szpiglasowego Szczytu ciągnie się troszkę nawet, i pomimo że w większości składa się z poukładanych kamieni i nie jest mocno stromy ryzyko obsunięcia się nogi z kamienia jest duża, właśnie na teoretycznie zbyt łagodny charakter tego szlaku. Nam jeszcze się urozmaiciło, w sensie że spadł deszcz. Śliskie kamienie, nadchodząca burza - warunki zaczęły się pogarszać. Jednak wprawny krok, i pomimo dużej odległości znaleźliśmy się w schronisku w czasie przykazanym przez przyszlakowe tabliczki. 
Główni bohaterowie widoków: Morskie Oko, Czarny Staw 




Dopiero pod koniec zejścia tego odcinka, zaczęło się wyłaniać schronisko. Na całe szczęście z daleka nie było widać "korków" w schronisku... chodź przejście tego schroniska, to była tylko pieczątkowa formalność.


Droga z Morskiego Oka, czyli Szlak typu "LANS-DEPTAK" upłynął w tempie ekspresowym, gdyż zastosowaliśmy typowy zabijacz czasu w tego typu warunkach czyli grę w skojarzenia. Tak nam zeszło do Wodogrzmotów Mickiewicza.



BEZPIECZEŃSTWO

Przy Wodogrzmotach przeżyliśmy chwile, może nie tyle dramatyczne co bardzo emocjonujące i mam nadzieję mające odniesienie w przyszłości wypraw górskich i nie tylko. Dreptając asfaltem byliśmy świadkami akcji ratunkowej śmigłowca TOPR, który wisząc nieruchomo poniżej szczytu próbował podjąć akcję, jednak po jednym nieudanym podejściu odleciał na dalszy krąg, żeby wrócić spowrotem na miejsce. Odgłos helikoptera pomnożony spotęgowany został akustyką gór, skał i wywarł na nas duże wrażenie w kwestii bezpieczeństwa w górach. Na przyszłą wyprawę będziemy już lepiej przygotowani, co jednak będzie opisane niebawem.

DRZEWA

Emocje, które zafundował nam śmigłowiec TOPR'u byłyby ostatnimi w tym dniu, gdyby nie fakt, że w drodze powrotnej w okolicach GILOWIC napotkała nas tak silna ulewa, burza, wichura i gradobicie w jednym. Grad spadający przez blisko 20 minut, kulki wielkości kostek lodu zrobionych w zamrażalniku w lodówce MIŃSK, poprzewracane ogromne drzewa na drogi, zalane jezdnie... podtrzymały emocje dnia do samego końca.

"...Zamkną za mną drzwi
Nie zabiorę nic
Zamkną za mną drzwi
Nie zabiorę nic

I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso..."

środa, 3 sierpnia 2011

Babia Góra!!!! Część PIERWSZA

 Witaj Królowo Beskidów! Tu my - poddani, chcielibyśmy Cię nawiedzić. Tylko jest jedno ale... chcielibyśmy po Tobie podeptać, poskakać (bez skojarzeń) w środku nocy, i pozostać na szczycie u progu dnia... nie potraktuj nas źle, nie wywiej nam naszych móżdżków, nie każ nam gonić za potrzebą w kosodrzewiny...


...tyle pobożnych (lub nie) życzeń, przejdźmy do faktów...


Dnia 17 lipca 2011, zamiast siedzieć w spokoju w sobotni poranek ruszyliśmy na Babią... z opcją wschodu, spania w schronisku i takie tam...

...ale po kolei. Po przyjechaniu na parking od strony zielonego szlaku, prowadzącego do schroniska PTTK Markowe Szczawiny zastaliśmy zapełnione wszystkie miejsca, parking płatny-niestrzeżony (standard wszędzie) i jeszcze płatne wejściówki na teren Babiogórskiego Parku Narodowego...

...w tył zwrot, objazd pagórka o nazwie Mokry Kozub (842m n.p.m.) i zrobiliśmy sobie dziki parking przy prywatnej posesji, niepłatny-niestrzeżony (standard niewszędzie), wraz z darmowym wejściem na teren Babiogórskiego Parku, skąd prowadził czarny szlak na Tabakowe Siodło 998m n.p.m. skąd zielonym szlakiem pomknęliśmy w stronę Cyla (Mała Babia Góra, lub też wg. niektórych Młoda Babia Góra).





Szlak, który wybraliśmy cechował się brakiem turystów innych, co skutkowało wolnością oraz skupieniem się na gryzieniu źdźbeł podczas czytania drogowskazów... :-)
Ci turyści w tle, to istne perełki, 5-ciu ludziów z 15-stu spotkanych aż do Cyla...





Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma... żeby ubarwić zdjęcie szałaso-zajazdu na szlaku, postanowiliśmy ustawić się, szczególny nacisk stawiając na... długość spodni, od najkrótszej do najdłuższej...


Im dalsza stawała się wędrówka, tym widoki również stawały się inne, niż te, które zwykliśmy widywać na szlakach w reszcie szczytów Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. W tle widać szczyt Małej Babiej... 1517m n.p.m.


A tak widać miejsce, z którego robiliśmy poprzednie zdjęcie... szło się szybciej niżby się to wydawało...


A ze szczytu Małej Babiej, powinno być widać Przełęcz Brona i Diablaka, czyli Najwyższy szczyt (1725m n.p.m.) masywu Babiej Góry. O ile z pierwszym nie było problemu... o tyle drugi otulały chmury... i za nic nie chciały go puścić...

cdn.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Osrać Bobra!

A jednak Wycieczka pt. Osrać Bobra nie skończyła się na Babiej Górze. Bez przesady, żeby bez żadnego przygotowania od razu zdobywać pagór, który ma powyżej 1700 m n.p.m... tym bardziej z dzieckiem...


Z racji przypadającej na dzień 5 czerwca 2011 (niedziela) sesji egzaminacyjnej, Ania nie mogła uczestniczyć aktywnie w wyprawie, jednak godnie zastępowała Ją Julcia, która mimo podróżowania, a nawet snu w foteliku, przeszła prawie 2 km na własnych nogach, co w wieku trzyletniej dziewoji jest nie lada osiągnięciem...


...tym bardziej, że Wielka Racza, którą zdobywaliśmy ma 1236 m n.p.m.


Jednak podejście rozpoczęliśmy z parkingu "Pod Raczą" dojeżdzając doń od strony Rycerki Górnej, położonego mniej więcej na wysokości 750 m n.p.m. Niewielka jak na Beskid Żywiecki ilość przewyższeń oraz łagodnie poprowadzony szlak żółty sprawiły, że można by tam się wgramolić z lekkością na rowerach i to w dodatku z przyczepką. Jedynie końcówka (100m) przed schroniskiem była "ostra" jak na te warunki, lecz w przypadku wjazdu rowerem, zapewne jest to do objechania łagodniejszym podjazdem....


Co można czuć będąc na górze, na którą z łatwością jest wejść nawet na kacu? Teoretycznie współczynnik zadowolenia może być bliski zeru, a tu jednak miła niespodzianka. Nie dość, że ze szczytu panorama jest we wszystkich kierunkach, to dodadkowo postawiono wieżę widokową, z której widok w stylu 360 stopni jest już całkowicie ułatwiony, nawet dla jamnika, który na codzień nie widzi nic w głębokiej trawie...



Dodatkowo na wieży zainstalowano ciekawą "legendę" do otaczających nas widoków.





A wszystko tylko po to było aby... no właśnie, po pieczątkę...

poniedziałek, 2 maja 2011

Osrać Bobra!

Widok na Babią Górę















Zgodnie z ostatnią propozycją, następną wyprawę nazwiemy "Osrać Bobra!!!" jednak w dalszym ciągu trwają pertraktacje dokąd powinniśmy pójść, żeby Bobrowi narobić tu i ówdzie...

Jedną z propozycji jest Babia Góra (1724,6 m n.p.m.), taki mały wstępik przed Tatrami...

Troszku Zbliżenie...















Any Questions?

czwartek, 14 kwietnia 2011

Podrapać Wiewiórkę - Część Druga

 

 Jak się już tyle idzie, i w schronisku co nieco wypije... to trzeba iść jak przedszkolaki... brakuje nam sznurka i pani opiekunki...


Zamiast nosić statyw - zresztą do takiego małego hebelka robiącego fotki jak nasz, to troszku wstyd - w każdym razie noszenie statywu to wyższa szkoła jazdy, i to potrafią tylko nieliczni [Wszyscy Cię Stasiu kochamy:-)))], to trzeba sobie jakoś radzić: a to plecak się użyje, innym razem słupek przygraniczny wykorzysta, ławeczkę itp. itd. 
W miejscach gdzie nie ma kolei linowych, krzesełek i innych tego typu pseudo-turysto-ułatwiaczy innych ludzi jest jak na lekarstwo, to od czasu do czasu zdarza się jakiś ludź zwany pospolicie turystą, którego wygląd nie wzbudza zbytnich podejrzeń wtedy w ramach łapanki na szlaku udaje nam się zdybać jegomościa, lub jejmościówę aby zrobił nam zdjęcie? czyż nie ładniej aniżeli z plecaka?


Tu pani turystka z łapanki, tak się podnieciła naszym aparatem, że nadal trzaskała nam zdjęcia, pomimo iż nikt już ich więcej nie chciał i wszyscy se poszli...



Jak już się długo idzie, to zaczynając cisnąć buty... a prawdziwy szanujący się Wspinacz, albo Wspinaczka mają zawsze przy sobie niezbędnik typu: "żywiec - dziś wieczorem, jutro rano kiefir danon", dzięki któremu żaden ucisk butów nie jest straszny, oraz nie ma syndromu "dnia następnego".



Zarówno jak i w Zbudzić Niedźwiedzia jak i tutaj towarzyszyło nam wiele szlaków. 

Od żółtego po niebieski, wszędzie ino same kreski.

Zdjęcie powyższe można streścić jednym zdaniem:

"WIĘCEJ WAS MATKA NIE MIAŁA?"

To na tyle dzisiaj. Następnym razem dowiecie się jak można ze śpiwora zrobić minilodówkę turystyczną. Czyli MacGyver w schronisku...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Podrapać Wiewiórkę - Tacy byliśmy jeszcze wczoraj... (Część Pierwsza)


 Miny posępne, pogoda do dupy.
Wyjście na Stożek pijackiej grupy.

No i tradycji stało się zadość! W piątkowy wieczór rozdmuchała się zadyma typu "wichura zwykła+", taka że mało kto był w stanie uwierzyć w to iż w ogóle pójdziemy. Prognoza oprócz wiatru z prędkością 120km/h w terenie zabudowanym zapowiadała rychłe nadejście śniegu w wyższych partiach gór w tym Beskidu Śląskiego. Na domiar wszystkiego wiatr wieczorny wydawał się mieć prędkość dwóch machów, a temperatura niebezpiecznie zaczęła się zbliżać do zerrra stopni.

Po burzliwej pogodowo nocy rano wszystko względnie ucichło i zaczęliśmy się zbierać. Jedyną sensacyjką było zaspanie Dareczka, ale nie wpłynęło to na czas odlotu nożnego naszej z trudem uzbieranej grupy (z 14-stu wstępnie planowanych osób, zrobiło się osiem, a po pewnych zawirowaniach 9 - i nie mam tu na myśli ciąży żadnej z koleżanek) z miejsca wcześniej ustalonego jako X (stacja koncernu Sokolen).




Tak jak w większości za kierownicą (pewnie się narażę) tak i na szlaku (napewno się narażę) kobiety mają dziwną orientację. Właściwie to nie orientacja, a wielka improwizacja, czyli łażenie tam gdzie nas asfalt poniesie. I tym razem stery wzięła na siebie Aga i zamiast na szczyt doszliśmy... do czyjejś posesji. Później jak uchodźcy musieliśmy ganiać przez czyjeś bądź niczyjeś pola, przeprawiać się przez chaszcze w sposób ogólnie przyjęty za nielubiany.
Po dotarciu do wcześniej obranej trasy (szlakiem niebieskim na Soszów) trzeba było kapkę odpocząć.



Po pierwszym odpoczynku, trzeba było troszkę przejść i bardzo wskazany był odpoczynek nr 2 połączony z drugim śniadaniem. Jak widać na załączonym obrazku Myszka Miki już ręką pyskuje, kolega Ulrich sprawdza czy nie zapomniał bielizny osobistej w postaci slipów męskich a ja wpierniczam bułę... Pogoda zaczyna się klaro... nie pogarsza się, miało być!


Na przecięciu się szlaku, którym podążaliśmy na szczyt, nastąpiła kolejna przerwa, celem której było patrzenie na widok, wspólne zdjęcia i obciąganie pasków na plecaku Myszki Miki, które to z kolei były odpowiedzialne za podtrzymywanie śpiwora na duchu.

Później dotarliśmy do schroniska, gdzie elementem rozrywkowym była zimowa ścianka wspinaczkowa dla bałwanów... oraz buraki, które przyjechały autem doń...

cdn.

piątek, 8 kwietnia 2011

Poradnik cd. 2

W nawiązaniu do ostatnio często pojawiających się pytań postaram się odpowiedzieć na kilka najczęstszych.

1. Pytanie:
Czy w związku z nadchodzącymi warunkami arktycznymi nad Beskidy nadal na pewno idziemy?

Odpowiedź:
Tak, idziemy, nie straszy nam Dziadek Mróz, Babcia Śnieżka i Wujek Chłodek. Obowiązkowym sprzętem będzie czapka, szalik i rękawiczki. Oczywiście z racji obciachu, wolno niektórym włożyć dopiero czapkę głęboko w lesie, jak już skończą się turyści i tubylcy i ich domostwa.

2. Pytanie:
Co tak naprawdę bierzemy ze sobą do jedzenia?

Odpowiedź:
Generalnie, warto wziąć ze sobą tylko wspomagacze jedzenia, typu gorący kubek, kanapki w jedną stronę coś do picia gorącego i %. Dla własnego samopoczucia można wziąć wspomagacze % czyli cytryny, lód, chrupki, czipsy, SÓL itp. Obowiązkowa jest czekolada gdy odejdą nam siły i ochota na dalszą współpracę rąk i nóg.

3. Pytanie:
Czy w schronisku dają jeść i czy w ogóle da się to jeść?

Odpowiedź:
Tak dają, czy to jest dobre czy nie? Hmm, po całym dniu łażenia bez sensu po lasach i szlakach człowiekowi jest wszystko jedno czy kiełbasa z cebulką jest z przed dwóch tygodni i ma kolor zielony, czy jest z przedwczoraj i jest naprawdę świeża - nie ma to znaczenia, na szczycie wszystko smakuje lepiej! A instrumenty typu grzaniec, piwko i takie tam rarytasy wchodzą same w organizm, i w skrajnych przypadkach wychodzą jeszcze szybciej z człowieka niż się tam znalazły, ale przecież nikomu nie zależy na takim samoupodleniu się, poza tym szkoda kasy.

4. Pytanie:
Czy ktoś bierze kijki do chodzenia?

Odpowiedź:
Niektórzy biorą po raz pierwszy, i zobaczymy czy im to się spodoba. Powinno się mieć po dwa kijki na twarz, ale jak połowa weźmie po parze, to starczy po jednym dla każdego... więc dowiemy się wszyscy.

5. Pytanie:
Czy przy tej planowanej ilości wzięcia alkoholu wywalą nas ze schroniska?

Odpowiedź:
To, że nie zadarliśmy ostatnio z dzierżawcami schroniska na Rycerzowej, to tylko zasługa tego, iż Oni są tacy sami jak  my... walą w trąbe co niemiara i wisi im to czy całe piętro jest polane grzańcem i czy ktoś goni po piętrze na kolanach. Fakt, innych współturystów to wkurzało, ale co tam. Moim zdaniem to było nieuzasadnione, bo Ci pod nami byli głośniej.
To jednak wracając do tematu w tym schronisku może być mniej tolerancyjnie, bo jednak towarzystwo obracające się w kręgu natury i placówek PTTK cechuje się wyższą wytrzymyałością na większe ilości %, co skutkuje wyższą kulturą picia i samego zachowywania się po wypiciu. Jednak skoro Oni tak umieją, to i my się nauczymy. Trening czyni mistrza.

środa, 6 kwietnia 2011

Podrapać Wiewiórkę - Plan Wycieczki

Czas leci nieubłaganie, wszystko wskazuje na to, że w sobote będzie ładna/nieładna pogoda* (*-niepotrzebne skreślić) i trzeba będzie ruszyć cztery litery w teren.

W związku z niewielką wpadką organizatorów trasa została delikatnie zmodyfikowana, gdyż nawet dla nas - dziesięciu osób nikt ani myśli żeby uruchomić kolej linową na Czantorię, a na stronie kolejki widnieje lakoniczna informacja:


"Informujemy, że od dnia 04.04.2011 do 22.04.2011 Kolej Linowa będzie nieczynna w związku z przeglądem konserwacyjnym urządzeń przed sezonem letnim."

Se organizator nie przewidział, że liny czasem trzeba przesmarować i niekoniecznie trzeba to robić w długi majowy weekend, więc nadal nie poddajemy się tylko robimy tak:

Start wycieczki wstępnie planowany jest na godzinę pomiędzy 9 a 10 rano w Sobotę 9 kwietnia 2011 w Wiśle:
na Stacji Orlen, 
ul. Ustrońska 2, 

Współrzędne GPS:
Szerokość 49.667993
Długość 18.846655

Przy stacji znajduje się przystanek PKS, a niedaleko (ok. 1 km) znajduje się stacjak PKP Wisła Udrowisko.

Na tej stacji porzucimy samochody, myślę że pracownicy stacji nie bedą mieli nam tego za złe.


Żródło: Google Maps, Endomondo


















Następnie niebieskim szlakiem zaczniemy łagodne podejście ok. 5 km na szczyt o nazwie Soszów Wielki (886 m n.p.m.), gdzie wg mapy można się tymczasowo schronić w schronisku (mała przerwa) i skąd ruszamy już szczytami gór czerwonym lub niebieskim szlakiem w stronę mety, mijając kolejno szczyt Cieślar (918 m n.p.m.) oraz Mały Stożek (843 m n.p.m.) i po przebyciu prawie równych 5-ciu kilometrów osiągamy cel - schronisko na Stożku.

Dnia następnego, schodzimy zielonym szlakiem do Wisły Głębce i z tamtąd PKS-em, lub Pociągiem dotrzemy do samochodów i ewentualnej dalszej cywilizacji.

Wariant Beta:
Gdyby np. nikt nie był rano zmęczony nocą, nikt nie pił itp.: Żóltym szlakiem cofamy się do Małego Stożka, a następnie szlakiem im. Adama Sabeli (niech mnie drzwi ścisną - nie mam pojęcia kto to...) schodzimy do Wisły - Dziechcinki, skąd z buta trafimy na miejsce startu...


Żródło: Google Maps, Endomondo
















Zakończenie imprezy w niedzielne wczesne popołudnie.

Jakieś sugestie? Uwagi?

wtorek, 5 kwietnia 2011

Poradnik: co wziąć a co nie...

W związku z tym że zamierzamy wybrać się w góry, które czasem rządzą się swoimi prawami, pragnę po krótce wymienić listę rzeczy, bez których na wyjazd ani rusz!

Zaczynajac od ziemi, bo od dołu zaczniemy wchodzic, a co niektorzy skończa jeszcze przed północą spowrotem na ziemi, to najważniejszym elementem wyprawy są buty. Wygodne, wychodzone, nie może to być pierwsze ubranie tej pary i od razu sru! na wycieczke! Typ sportowy, najlepiej za kostkę (zmniejszaja ryzyko urazow kostki). Buty obowiązkowo impregnujemy przed wyjściem, delektując się "zapachem" impregnatu.

Po drugie coś przeciwdeszczowego, zarówno na siebie, jak i specjalny kondonik na plecak - nie ma większej przyjemności z faktu iż po obfitej ulewie, nie będziemy po raz kolejny musieli wymieniać dokumentów papierowych na nowe, suszyć pieniążków itp. Zdecydowanie nie zabieramy że soba parasola - nie dość że pierwszy lepszy wiaterek nam go porwie lub wywróci na lewą stronę, to jeszcze w razie upadku typu ziemia-pysk nie będziemy mieli jednej reki do amortyzacji uderzenia.

Po trzecie, własne żarcie - na dwudniowy wyjazd nie ma co przeginać, dwa bochenki chleba, czy dwanaście batoników prinspolo, lub też dwukilogramowy baleron pieczony w calosci - to wszystko stanowczo za dużo. A pomysł, że poczestujemy współtowarzyszy? Inni też wpadną na ten pomysł, i naprawdę będzie ciężko się przebić że swoimi starymi kiszonymi ogórkami, żeby zabłysnąć w towarzystwie.
Warto wziąć syfiate aczkolwiek tanie w zakupie produkty, które w połączeniu z wrzątkiem (dostępnym w większości schronisk za darmo, lub za symboliczną opłatę) beda zamieniać się w wyśmienite potrawy. Np. zupki typu gorący kubek, zupki chińskie, wietnamskie, koreańskie i temu podobne dziadostwa, które w trakcie ataku głodu utrzymują nas i nasze portfele w stanie jako takiej równowagi.

Po czwarte: klapki i dresik - do swobodnego i godnego poruszania się po terytorium schroniska, gdzie od czasu do czasu może pojawić się niespodziewany turysta. Klapki również przydadzą się przy ochronie naszych stópek przed grzybkami czyhajacymi na nas pod prysznicem.

Po piąte śpiwór. Jeśli nieduży to lepiej go taszczyć że sobą, bo nie dość że czujemy się jak prawie w swoim łóżku (znane zapachy, faktura pościeli itp.) To jeszcze za wypożyczenie pościeli zapłacimy (do ceny noclegu, trzeba doliczyć ok. 10 zł), która również czasem pozostawia wiele do życzenia a przeszłość jej jest wysoce podejrzana.

Po szóste, coś ciepłego do ubrania, co sprawi że przy spadkach temperatury do ok. 0 stopni sprawi że nie będziemy straszyć innych współtowarzyszy szczyrkaniem zębow i ogólną trzęsawko-drgawką.

Po siódme plecak. Czyli coś do czego się pakujemy, co będziemy w stanie unieść, przejść w tym przez strumyk, skulać się z góreczki i gdzie wszystkie nasze graty będą miały swoje miejsce. Pojemność plecaka max. 60 litrow plus miejsce na śpiwór. Zdecydowanie odradzamy torby na jedno ramię, worki z uszami, reklamówki, torby papierowe, walizki lotnicze z kółkami - tego góry nie lubią. Aha, koledzy chodź mili zawsze chętnie coś poniosą koleżankom, np. pełną flaszeczkę 0,7 ,  termos z grzańcem, lub gąsiorek ze świeżą domową śliwowicą lub wiśnióweczką. Przepastnej wielkosci i ważące 2 tony kosmetyczki, podpaski czy też suszarki, prostownice bądź lokówki do włosów niesiecie sobie koleżanki same.

Jeśli o czyms zapomnialem, proszę dopisać w komentarzu.

Przepraszam za brak polskich znaków, ale ww. tekst powstał na klawiaturze telefonu.


Miłego pakowania.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Podrapać Wiewiórkę!

Czyli jak w Beskidzie Śląskim, brodzić w błocie grząskim.



Za wczasu, co by kazdy Baca se zaklepoł, a kazdo Gazdzina se odwolala dyptanie oscypkow w weekend 9 - 10 kwietnia 2011 organizujemy wraz z "Terenowym Kołem Łapaczy Przydrożnych Lisów i Skunksów"

II Rajd na Dezorientację pod hasłem:

"Podrapać Wiewiórkę, Wskoczyć Na Jeża!"

To już drugi w tym roku, jednak mamy nadzieję, że pierwszy niezimowy wypad w góry, z własnym dobytkiem, co by sie nabawić odcisków, potłuc kolana, łokcie i czego tam jeszcze sobie wymyślicie - do wyboru, do koloru.

W zależności od umiejętności, tempo dostoswujemy do najsłabszego słabeusza, jako grupa tworzymy kupę i nie rozdzielamy się.

Warunki spartańskie typu: "Spanie w schronisku, jedzenie Vifona w półmisku".

Wyjazd, dojazd - albo we własnym zakresie, albo "na Ktosia" (dojazd będzie zorganizowany tak, że "ktoś" pojedzie autem, a inni się z nim zabiorą. Wymagane jest kilka "ktosiów").

Sobota rano (ok.9:00 najpóźniej), Ustroń: Porzucenie samochodów, oraz wyjście którymś ze szlaków na Czantorię Wielką (najprawdopodobniej czerwonym, albo niebieskim z Ustronia - Poniwca, potem szczytami przez przełęcz Beskidek, Soszów Mały, Soszów Wielki, Cieślar, Stożek Mały i ostateczne przycumowanie oraz nocleg w schronisku PTTK na Stożku WIELKIM (http://www.stozek.com.pl/), gdzie bawimy sie do samego rana.

Powrót w niedzielę najkrótszym (zielonym) szlakiem dla skacowanych turystów do Wisły Głębce, skąd PKSem lub PKP dojeżdzamy do porzuconych samochodów w Ustroniu, lub dalej w kierunku cywilizacji.

Pokój już jest zarezerwowany na 15 osób, - koszt 30 zł/osoba.

Wszelkie udogodnienia, zmiany modułów wyprawy dozwolone.

Proszę o deklarację najpóźniej do soboty 2 kwietnia.

PS: W dniu 10 kwietnia, zobowiązujemy się nie mówić o:
- Odejściu na drugi krąg, oraz o lotnisku zapasowym,
- Ścieżce zniżania i kto rok temu był w kabienie pilotów,
- Czy Kraków był właściwy a może jednak Powązki,
- i temu podobne wszelkie tematy są ZAKAZANE W TYM DNIU.

Reszta szczegółów po wyrażeniu chęci i przed samym wyjazdem.

sobota, 2 kwietnia 2011

Zbudzić Niedźwiedzia - Wycieczka Właściwa

Co miało, być to było i co się miało stać tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Po dojechaniu do Soblówki i nawpieprzaniu się gołąbków u Pani Bogusi - ruszyliśmy (WCALE NIE OKRĘŻNĄ trasą i wcale, nie z mojej inicjatywy) pod górę, z której musieliśmy za chwilę schodzić w dół, bo tak szlak prowadził dziwnie...

Z planowanych 13-stu ludzisk, aż pięć odpadło na kilka godzin przed odlotem, tj. noc wcześniej kiedy to i w Bielsku i w okolicach rozpętała się istna burza śnieżna, i przysypało śniegiem, tak że huhuhu!!!

Reszta postanowiła być bardziej pierdyknięta i pomimo braku jakiegokolwiek przygotowania pójść tak czy siak w góry, choćby śnieg padal, lało i było minus 273 stopnie celsiusza.

Okolica piękna, ryby w strumyku brykają, drzewka pachną - Soblówka City nas powitała i czem prędzej pożegnała, więc trza było się do lasu wprawić. Teren się pogorszył, zaostrzyły się dowcipy. Wszystko szło w miarę sprawnie.


I co ciekawe, wszędzie w mieście było pełno śniegu, jednak i na szlaku i im głębiej w las tym śniegu malutko, malutko - tyle co tyci tyci kot napłakał.

Jak się szybko idzie, to się człowiek męczy. Tylko pytanie: Na boga, czemu siadasz i regenerujesz się siedząc na butelce? Nikt do dziś tego nie potrafi zrozumieć. Ponoć niektórzy tak mają...



Jak się już człowiek troszkę namęczy, to zastanawia się po jaką cholerę chciało mu się tak daleko leźć, i wtedy zaczyna się szukanie głęboko schowanej w plecaku mapy. Żeby ją znaleźć trzeba oczywiście wszystko z plecaka wyjąć (wszystko starannie spakowane, tak że teraz po włożeniu połowa rzeczy już nie chce wrócić na miejsce), ale to już drobny szczegół.

Po znalezieniu mapy, i okazaniu się że dobrą mapę wzięliśmy, można przed społeczeństwem zaszpanować przejeżdzając niechlujnie palcem, że "tu idziemy, o TU!" a następnie wskazać dowolny punkt w okolicy przecinający taki sam kolor szlaku jakim idziemy, że "TU właśnie jesteśmy!" chodziaż jedyną pewną rzeczą jaką wiemy jest to, że mapa obrócona jest z dobrej strony i to właściwa mapa. Ale to już szczegół...



Ach, te nasze śliczne góry. Wszyscy z nich korzystamy, ale nikt o nie nie dba. Dajmy na to taki drogowskazik: Porozpierniczany, poobracany nie w tą strone co trzeba, i weź tu się wybierz bez mapy, to dojdziesz w kosmos zamiast do schroniska....



Aura w miarę dopisywała. Zamiast zamieci sprzed kilkunastu godzin była cisza i spokój. Do momentu kiedy weszliśmy na przełęcz Kotarz, zeszliśmy do przełęczy Młada Hora i tam się zaczęła zadymka. Drogi naprzód było tyle samo co spowrotem, i nastąpił kryzys. Im jednak wyżej udawało nam się wchodzić, tym nastroje coraz to bardziej nam dopisywały. Najbardziej humory nam dopisały na Hali Ryzerzowej, gdzie zobaczyliśmy w oddali Schronisko typu mała chatka, gdzie można było wyciągnąć z butów syry.
Syry jak wiadomo, po 10-ciu kilometrach wysiłku w butach zalęgają się na różne sposoby i na różne aromaty...



W schronisku, co tu dużo gadać, oprócz jedzenia i picia, a właściwie oprócz picia i picia nic szczególnego się nie działo i dla dobra innych i siebie samego przemilczę, co by obciachu nie robić. Jednak w skrócie kilka faktów:

1. Kilimat schroniska - 6/6
2. Czystość schroniska - typowa dla obiektów PTTK, jednak mając na uwadze fakt, że prowadzi je dwóch facetów należy się 6 punktów na 6 możliwych.
3. Żarcie? - pomimo braku mięsa w ofercie (food for króliki only), dobre - 5/6
4. Grzaniec - super, nawet jeśli rano się okazuje, że z sześciu zamówionych donieśliśmy do pokoju tylko cztery, z czego jeden polał się cały do nowego buta, a drugi zasilił linoleum pod łózkiem Jacka - to luz. Dodam, że nie było to jedyne sześć grzańców na wieczór, jedynie to to godniejsze uwagi, a właściwie to te, których człowiek na trzeźwo potem żałuje...
5. Schornisko zasilane jest jedynie przez agregat prądotwóczy, który wyłączany jest po godzinie 22. Niestety ww. faktu nie pamiętam - nie pytajcie dlaczego. Tzn. Ja wiem dlaczego, bo chłopaki chcieli koniecznie nas i naszą tekilke dogonić ze swoim jasiem. Jednak nie udało im się to, bo udało się to nam razem z Martą - obroniliśmy niepodległości tekili, jednak jak to na wojnie giną tez cywile. Tymi cywilami byli: czysty (do czasu) śnieg na balkonie, oraz nieskazitelne linoleum pod moim łóżkiem a także podłoga na korytarzu i schodach jak i cały korytarz. O sprawach godności już nie wspominam, bo i po co się poniżać i ośmieszać....

Rano w żółwim tempie popełzaliśmy do domu najkrótszym szlakiem, gdzie wredna buła osiadająca się na pewnym kolanku nie pozwalała wszystkim rozwinąć kosmicznych prędkości marszu na szlaku. Jednak w imię wyprawy wspólnej: "Jeden za wszystkich - wszyscy za jednego a dzień bez docinania - dniem straconym" wszystko skończyło się dobrze i niebawem postanowiliśmy zaplanować następny wypad...

No raczej...

Uczestnicy: Ewa z Cyprianem, Agnieszka, Marta Ania z mną, Darek i Jacek, no ba!

*** BYE ***

ZbudziĆ Niedźwiedzia - Plan Wycieczki

Harmonogram I Biego-chodu Na Dezorientację
"Zbudzić Niedźwiedzia"
w dniach: 19-20.03.2011

Sobota 19.03.2011

8:30 Zbiórka (Miejsce: Bielsko-Biała, Dworzec PKP, Parking, Okolice Estakady)

9:00 Koniec Zbiórki, Wyjazd

Spóźnialscy jadą we własnym zakresie, wszyscy inni ściśnięci jak sardynki jadą jak najmniejszą liczbą samochodów (wiadomo - kryzys paliwowy).

10:00 Przyjazd do Soblówki

Można dopiero tam przyjechać na pierwszą odprawę, auta zostawiamy pod kościołem, rozprostowujemy kości, rozgrzewamy mięśnie, dokładamy kolegom/koleżankom kamienie do plecaków, opatulamy się i zgłaszamy gotowość do wyjścia przez uniesienie lewej ręki pod kątem 45 stopni.
Część grupy (ta bardziej ześwirowana część) załącza w swych komórkach program ENDOMONDO (dla niewtajemniczonych: www.endomondo.com - jeśli masz telefon z GPS - dołącz do nas!)

Trasa:

Spod kościoła w Soblówce - niebieskim (i zółtym jednocześnie przez jakiś czas) szlakiem udajemy się w stronę przełęczy Kotarz (ok. 55min.).

Następnie kierujemy się w stronę Mładej Hory (ok.1h).

Na Mładej Horze jest ponoć schronisko, które ponoć jest zamknięte o tej porze roku, więc albo wypoczniemy, albo nie, i z tamtad mamy do wyboru dwa warianty: krótszy i dłuższy.

Wariant I Krótszy:

Czerwonym szlakiem udajemy się poprzez Rycerzową Małą (1207m n.m.p.m.) do schroniska - w którym nocujemy (ok. 1h15min).

Wariant II Dłuższy:
Idąc dalej z Mładej Hory niebieskim szlakiem dochodzimy do szlaku zielonego (40min.).

Zielonym szlakiem dochodzimy do schroniska na przegibku (1h10min.).

I z tamtad udajemy się niebieskim (pod szczytami), lub czerwonym szlakiem (przez szczyty, w tym Rycerzowa Wielka 1226m n.m.p.m.) do schroniska, w którym mamy nocleg (1h30min lub 1h40min.).

W schronisku jemy, zaspokajamy pragnienie i czekamy na magiczną godzinę 22, kiedy to wyłączany jest prąd na obiekcie, w międzyczasie bawiąc się i integrując aż do białego rana.

Niedziela 20.03.2011

W niedzielny poranek wszyscy powoli dochodzą do siebie, stopniowo zwlekając się z łóżek. Powrót do Soblówki szlakiem czarnym w godzinach okołowczesnopołdniowych.

Wszelkie wnioski, zmiany, modyfikacje będą rozpatrywane według kolejności wpływu.

Zbudzić Niedźwiedzia! - zwiastun




Kochani, Kochani, Kochani
Towarzystwo Miłośników Runa Leśnego i Żywiecki Terenowy Oddział Malowania Szlaków Na Drzewach i Krzewach pragnie zaprosić Was w prawie najbliższy weekend (tj. 19-20 marca 2011) na wycieczko-imprezę pt. "Wspólnie Złapmy Misia Za Uszy, Zbudźmy Go ze Snu i Nie Dajmy Mu Dalej Zasnąć."

Tym wypadem chcemy otworzyć sezon turystyczny 2011, i dać zdecydowanego kopniaka Pani Zimie.

Warunki istnie spartańskie - górskie - studenckie - co se każdy przyniesie, to będzie miał.

Wyjazd, dojazd będzie zorganizowany tak, że "ktoś" pojedzie autem, a inni się z nim zabiorą. Wymagane jest kilka "ktosiów".

W sobotnie przedpołudnie wyruszamy po krókiej kłótni którym szlakiem najlepiej dojść na szczyt, żeby po kliku godzinach dotrzeć spoconym i ubrudzonym po pachy do schroniska na Rycerzowej (http://rycerzowa.pttk.pl/), gdzie umieszczamy swoje zmęczone cielska i po uprzedniej rezerwacji (narazie mamy 10-cio osobowy pokój zarezerwowany) nocujemy przez noc do samego rana. (koszt noclegu to 23zł/osoba).
Powrót będzie stanowić odwrotność przyjazdu. Wszelkie modyfikacje, wnioski, skargi, zażalenia dozwolone.

Nie idziemy tylko w przypadku:

-gdy spadnie tyle śniegu, że nie będzie się dało iść bez rakiet śnieżnych
-gdy Kaddafi przywróci kontrolę nad większością swego kraju, a ceny ropy będą niebotyczne i nie będzie nas stać na dojazd
-gdy temperatura w dzień w słońcu będzie oscylować w granicach -40 stopni C i smarki w nosie będą zamarzać.

Poza tym, nie ma zmiłuj...