Tak to się zaczęło

Dawno, dawno temu kiedy po czternastu dniach od pamietniej niedzieli - dnia siódmego, kiedy to wszystko okazało się dobre co Bóg stworzył, gdzie teoretycznie nie było już co stwarzać bo wszystko było - Bóg postanowił stworzyć góry. Miało to na celu pokazanie ludziom, iż widok z okolic okołoniebnych na ziemię może dać im coś czego do tej pory nie mieli na ziemi.

Idąc tym śladem, postanowiliśmy zebrać się i sprawdzić czy to prawda...

sobota, 2 kwietnia 2011

Zbudzić Niedźwiedzia - Wycieczka Właściwa

Co miało, być to było i co się miało stać tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Po dojechaniu do Soblówki i nawpieprzaniu się gołąbków u Pani Bogusi - ruszyliśmy (WCALE NIE OKRĘŻNĄ trasą i wcale, nie z mojej inicjatywy) pod górę, z której musieliśmy za chwilę schodzić w dół, bo tak szlak prowadził dziwnie...

Z planowanych 13-stu ludzisk, aż pięć odpadło na kilka godzin przed odlotem, tj. noc wcześniej kiedy to i w Bielsku i w okolicach rozpętała się istna burza śnieżna, i przysypało śniegiem, tak że huhuhu!!!

Reszta postanowiła być bardziej pierdyknięta i pomimo braku jakiegokolwiek przygotowania pójść tak czy siak w góry, choćby śnieg padal, lało i było minus 273 stopnie celsiusza.

Okolica piękna, ryby w strumyku brykają, drzewka pachną - Soblówka City nas powitała i czem prędzej pożegnała, więc trza było się do lasu wprawić. Teren się pogorszył, zaostrzyły się dowcipy. Wszystko szło w miarę sprawnie.


I co ciekawe, wszędzie w mieście było pełno śniegu, jednak i na szlaku i im głębiej w las tym śniegu malutko, malutko - tyle co tyci tyci kot napłakał.

Jak się szybko idzie, to się człowiek męczy. Tylko pytanie: Na boga, czemu siadasz i regenerujesz się siedząc na butelce? Nikt do dziś tego nie potrafi zrozumieć. Ponoć niektórzy tak mają...



Jak się już człowiek troszkę namęczy, to zastanawia się po jaką cholerę chciało mu się tak daleko leźć, i wtedy zaczyna się szukanie głęboko schowanej w plecaku mapy. Żeby ją znaleźć trzeba oczywiście wszystko z plecaka wyjąć (wszystko starannie spakowane, tak że teraz po włożeniu połowa rzeczy już nie chce wrócić na miejsce), ale to już drobny szczegół.

Po znalezieniu mapy, i okazaniu się że dobrą mapę wzięliśmy, można przed społeczeństwem zaszpanować przejeżdzając niechlujnie palcem, że "tu idziemy, o TU!" a następnie wskazać dowolny punkt w okolicy przecinający taki sam kolor szlaku jakim idziemy, że "TU właśnie jesteśmy!" chodziaż jedyną pewną rzeczą jaką wiemy jest to, że mapa obrócona jest z dobrej strony i to właściwa mapa. Ale to już szczegół...



Ach, te nasze śliczne góry. Wszyscy z nich korzystamy, ale nikt o nie nie dba. Dajmy na to taki drogowskazik: Porozpierniczany, poobracany nie w tą strone co trzeba, i weź tu się wybierz bez mapy, to dojdziesz w kosmos zamiast do schroniska....



Aura w miarę dopisywała. Zamiast zamieci sprzed kilkunastu godzin była cisza i spokój. Do momentu kiedy weszliśmy na przełęcz Kotarz, zeszliśmy do przełęczy Młada Hora i tam się zaczęła zadymka. Drogi naprzód było tyle samo co spowrotem, i nastąpił kryzys. Im jednak wyżej udawało nam się wchodzić, tym nastroje coraz to bardziej nam dopisywały. Najbardziej humory nam dopisały na Hali Ryzerzowej, gdzie zobaczyliśmy w oddali Schronisko typu mała chatka, gdzie można było wyciągnąć z butów syry.
Syry jak wiadomo, po 10-ciu kilometrach wysiłku w butach zalęgają się na różne sposoby i na różne aromaty...



W schronisku, co tu dużo gadać, oprócz jedzenia i picia, a właściwie oprócz picia i picia nic szczególnego się nie działo i dla dobra innych i siebie samego przemilczę, co by obciachu nie robić. Jednak w skrócie kilka faktów:

1. Kilimat schroniska - 6/6
2. Czystość schroniska - typowa dla obiektów PTTK, jednak mając na uwadze fakt, że prowadzi je dwóch facetów należy się 6 punktów na 6 możliwych.
3. Żarcie? - pomimo braku mięsa w ofercie (food for króliki only), dobre - 5/6
4. Grzaniec - super, nawet jeśli rano się okazuje, że z sześciu zamówionych donieśliśmy do pokoju tylko cztery, z czego jeden polał się cały do nowego buta, a drugi zasilił linoleum pod łózkiem Jacka - to luz. Dodam, że nie było to jedyne sześć grzańców na wieczór, jedynie to to godniejsze uwagi, a właściwie to te, których człowiek na trzeźwo potem żałuje...
5. Schornisko zasilane jest jedynie przez agregat prądotwóczy, który wyłączany jest po godzinie 22. Niestety ww. faktu nie pamiętam - nie pytajcie dlaczego. Tzn. Ja wiem dlaczego, bo chłopaki chcieli koniecznie nas i naszą tekilke dogonić ze swoim jasiem. Jednak nie udało im się to, bo udało się to nam razem z Martą - obroniliśmy niepodległości tekili, jednak jak to na wojnie giną tez cywile. Tymi cywilami byli: czysty (do czasu) śnieg na balkonie, oraz nieskazitelne linoleum pod moim łóżkiem a także podłoga na korytarzu i schodach jak i cały korytarz. O sprawach godności już nie wspominam, bo i po co się poniżać i ośmieszać....

Rano w żółwim tempie popełzaliśmy do domu najkrótszym szlakiem, gdzie wredna buła osiadająca się na pewnym kolanku nie pozwalała wszystkim rozwinąć kosmicznych prędkości marszu na szlaku. Jednak w imię wyprawy wspólnej: "Jeden za wszystkich - wszyscy za jednego a dzień bez docinania - dniem straconym" wszystko skończyło się dobrze i niebawem postanowiliśmy zaplanować następny wypad...

No raczej...

Uczestnicy: Ewa z Cyprianem, Agnieszka, Marta Ania z mną, Darek i Jacek, no ba!

*** BYE ***

1 komentarz:

  1. od razu na wstępie:
    Agusia - sorry za to zdjęcie, ale nie mogłem się powstrzymać od komentarza...

    OdpowiedzUsuń