Tak to się zaczęło

Dawno, dawno temu kiedy po czternastu dniach od pamietniej niedzieli - dnia siódmego, kiedy to wszystko okazało się dobre co Bóg stworzył, gdzie teoretycznie nie było już co stwarzać bo wszystko było - Bóg postanowił stworzyć góry. Miało to na celu pokazanie ludziom, iż widok z okolic okołoniebnych na ziemię może dać im coś czego do tej pory nie mieli na ziemi.

Idąc tym śladem, postanowiliśmy zebrać się i sprawdzić czy to prawda...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Podrapać Wiewiórkę - Tacy byliśmy jeszcze wczoraj... (Część Pierwsza)


 Miny posępne, pogoda do dupy.
Wyjście na Stożek pijackiej grupy.

No i tradycji stało się zadość! W piątkowy wieczór rozdmuchała się zadyma typu "wichura zwykła+", taka że mało kto był w stanie uwierzyć w to iż w ogóle pójdziemy. Prognoza oprócz wiatru z prędkością 120km/h w terenie zabudowanym zapowiadała rychłe nadejście śniegu w wyższych partiach gór w tym Beskidu Śląskiego. Na domiar wszystkiego wiatr wieczorny wydawał się mieć prędkość dwóch machów, a temperatura niebezpiecznie zaczęła się zbliżać do zerrra stopni.

Po burzliwej pogodowo nocy rano wszystko względnie ucichło i zaczęliśmy się zbierać. Jedyną sensacyjką było zaspanie Dareczka, ale nie wpłynęło to na czas odlotu nożnego naszej z trudem uzbieranej grupy (z 14-stu wstępnie planowanych osób, zrobiło się osiem, a po pewnych zawirowaniach 9 - i nie mam tu na myśli ciąży żadnej z koleżanek) z miejsca wcześniej ustalonego jako X (stacja koncernu Sokolen).




Tak jak w większości za kierownicą (pewnie się narażę) tak i na szlaku (napewno się narażę) kobiety mają dziwną orientację. Właściwie to nie orientacja, a wielka improwizacja, czyli łażenie tam gdzie nas asfalt poniesie. I tym razem stery wzięła na siebie Aga i zamiast na szczyt doszliśmy... do czyjejś posesji. Później jak uchodźcy musieliśmy ganiać przez czyjeś bądź niczyjeś pola, przeprawiać się przez chaszcze w sposób ogólnie przyjęty za nielubiany.
Po dotarciu do wcześniej obranej trasy (szlakiem niebieskim na Soszów) trzeba było kapkę odpocząć.



Po pierwszym odpoczynku, trzeba było troszkę przejść i bardzo wskazany był odpoczynek nr 2 połączony z drugim śniadaniem. Jak widać na załączonym obrazku Myszka Miki już ręką pyskuje, kolega Ulrich sprawdza czy nie zapomniał bielizny osobistej w postaci slipów męskich a ja wpierniczam bułę... Pogoda zaczyna się klaro... nie pogarsza się, miało być!


Na przecięciu się szlaku, którym podążaliśmy na szczyt, nastąpiła kolejna przerwa, celem której było patrzenie na widok, wspólne zdjęcia i obciąganie pasków na plecaku Myszki Miki, które to z kolei były odpowiedzialne za podtrzymywanie śpiwora na duchu.

Później dotarliśmy do schroniska, gdzie elementem rozrywkowym była zimowa ścianka wspinaczkowa dla bałwanów... oraz buraki, które przyjechały autem doń...

cdn.

6 komentarzy:

  1. Małe sprostowanko,
    ponoć to nie Aga prowadziła, tylko ktoś inny, wtedy kiedy żeśmy zabłądzili. Przepraszam za zniesławienie i publiczne obrażenie.
    :-)))))))))))))
    BTW
    Winny prosze przyznać się!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie no nie byłem to chyba ja .... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. za Myszke Miki masz wpie....prz :]
    kolejny ŻŻP czyli żenujący żart prowadzacego, tak samo jak ten, który zrobił w poniedziałek...
    Phi.. ;)

    Buziaczki, cukiereczki, ciasteczka
    Disco Robaczki saasa ]:->

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm, Dareczku tu miał się wpisać ten (albo ta) co dał(a) ciała z pilnowaniem szlaków

    A Myszka Miki? To przecież takie słitaśne zdrobnienie, niczym z fejsika :-))))

    Do Karola Sztarsburdela mnie nie porównuj... ja dowcipów typu ALE SUCHAR nie opowiadam...

    OdpowiedzUsuń
  5. oj tam oj tam... ale jesteś prawie su...char hihihih ;) no gdzie te słitaśne fotusie? co mam wrzucić na feksika, no wiesz Ty co :( chlip, chlip :(((

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochaniutka, Ty tu nie podskakuj, lepiej dostarcz foty z lemoniady, albo lepiej się przyznaj, że będąc nabita jak bąk zgubiłaś/zepsułaś aparat...
    Masz tydzień opóźnienia Sucharko!

    OdpowiedzUsuń