"Nieużyty frak
Dziurawy płaszcz
Znoszony but
Zapomniany szal
Zaszył się w kąt
Niemodny już
Każda rzecz
O czymś śni
Odstawiona
Jeszcze chce
Modna być
Zanim cicho skona
I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso..."
(Fragment Piosenki Zespołu Zakopower: Boso, Autor: Bartłomiej Kudasik, Sebastian Karpiel
Bułecka)
My postanowiliśmy tym razem pożegnać te rzeczy i znowu ruszyliśmy... tyle że nie boso. A w
butach. Conajmniej do kostki.
DOJAZD
Dnia 14.08.2011, w niedzielę po południu, w środku długiego weekendu rozpoczął się szturm na
najbardziej zapchane miejsce w kraju, czyli Zakopane. Po udanej drodze w systemie OSŁZ (Omijanie
Szerokim Łukiem Zakopianki), dotarliśmy do Zakopanego od strony Kościeliska, gdzie dopiero w
okolicach Krzeptówek utknęliśmy w stojącym korku i z prędkością żółwia udaliśmy się do centrum
miasta celem znalezienia noclegu.
NOCLEG
"Głupi zawsze ma szczęście" - to motto które przyświeca mi już od dawna, i coś w tym jest...
My pojechaliśmy na tzw. "PAŁĘ", co oznaczało wielką improwizację i o ile zawsze takie
rozwiązanie zbytnio nie utrudniało znalezienie właściwego lokum, o tyle wraz z biegiem
nieudanych poszukiwań i odwiedzeniu co nowszych "sypialni" znalezienie CZEGOKOLWIEK stawało się
coraz mniej prawdopodobne. Zwłaszcza iż godzina przyjazdu a następnie rozpoczęcia poszukiwań
nakładała się z nadejściem zmierzchu. Zaczęło się robić ciemno... zawiało chłodnym wiatrem,
zapachniało niepewnością... zaczęło się robić niewesoło...
Niewesoło było w klilkuosobowej kolejce do recepcji w Hotelu Hyrny, gdzie pani recepcjonistka
kilka osób przed nami odesłała z kwitkiem, a po ostatniej angielskiej odmowie turystom
zagranicznym, zrezygnowani, spytaliśmy, "czyli naprawdę nic nie ma?" - niestety, odpowiedziała
pani R. jednak po chwilowym pomęczeniu jej w sensie słownym... patrząc na naszą trójkę odparła
iż jest apartament dwuosobowy w cenie 280 zł co przy szybkim przeliczniku 280zł:5(osób)=56zł/os.
stanowiło cenę akceptowalną. Szybka decyzja: TAK, bierzemy! Uff, kamień spadł z serca. Tym
bardziej, że w luksusowych warunkach, z łazienką, dwoma pokojami, aneksem kuchennym... MEGA!
KRUPÓWKI
Być w Zakopanem i nie poczuć ścisku Krupówek, to jak pojechać nad morze i nie wejść na plażę...
Pstrąg z grila smakował wyśmienicie, jednak kolejka śliwowicy w cenie 15 zł to już przegięcie w
typowo Polsko, Zakopiańskim stylu. Pazerność ludzka nie zna granic. BLEEEEEEE!
RANEK
Poranek przywitał nas piękną pogodą, jak na farciarzy przystało, co po ciężkim wieczorze
oznaczało, że niestety musimy iść... nie zdając sobie sprawy co nas będzie czekać...
Po oporządzeniu się, wybraniu się i dojechaniu do Palenicy Białczańskiej, nieopodal przejścia drogowego w łysej Polanie zaparkowaliśmy samochód na dużym parkingu przy drodze asfaltowej prowadzącej na Morskie Oko.
Asfaltem szliśmy w tłumie (jeszcze nie tak wielkim, ale w tłumie) aż do Wodogrzmotów Mickiewicza, skąd zielonym szlakiem odbiliśmy w stronę Doliny Roztoki.
Trasa umiarkowanie ciężka, jednak z początku bardzo uczęszczana, i ciężko było wyprzedzać "Dziunie w sandałkach", "Młodzież w trampkach" czy "Włóczykija" w kapeluszu o średnicy ronda bliskiej średnicy pierścieni Saturna. Jednak im bardziej zbliżaliśmy się do skrętu na czarny szlak, prowadzący do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich tym wszelakich okazów niegórskich robiło się coraz mniej...
Im "okazów" było mniej, tym więcej zaczęło się wynurzać widoków, do tej pory niespotykanych, coraz bardziej zapierających dech w piersiach...
Po odbiciu na czarny szlak, w kierunku schroniska stromizna zrobiła się dużo większa i trzeba było robić więcej przerw... Nagroda za strudzenie nastąpiła szybko i po 0,5h osiągnęliśmy Schronisko, które leżało u stóp pierwszego z pięciu stawów (Przedni Staw Polski), a tafla wody w kolorze morskim prawie sięgała murów budynku.
DOLINA PIĘCIU STAWÓW
Po zjedzeniu pięciu porcji szarlotek, wypiciu kaw, herbat, podpieczętowaniu książeczek, mając w
nogach już swoje, a w głowie nie wiedząc ile nas czeka postanowiliśmy wyruszyć niebieskim
szlakiem do Niżnego Solniska, skąd odbijał żółty szlak, którym z kolei mieliśmy osiągnąć
Szpiglasową Przełęcz (2110 m n.p.m.).
Ów odcinek zdominowany jest przez trzy stawy. W głównej roli z największym Wielkim Stawem
Polskim. Okrążenie z trzech stron, przy jednoczesnej zwiększającej się wysokości trasy, pozwala
na podziwianie widoków, o do tej pory były dostępne jedynie na kartkach, w książkach i
przewodnikach... Wkomponowanie tych zbiorników między skaliste gronie sprawia iż cała dolina
daje wrażenie zamkniętego raju powyżej ziemi...
Podejście żółtym szlakiem dawało nam troszke po tyłkach, a właściwie po mięśniach nóg, które to
były wystawione na dużo większe obciążenia niż dotychczas... wszystko to jednak nic, w
porównaniu do tego co czekało na nas pod samą przełęczą...
ŁAŃCUCHY
Łańcuchy to ulubione miejsce naparzania piorunów... nam jednak przy słonecznej pogodzie bardzo
się przydały, i wspinaczka nimi oprócz pomocy we wspinaniu stanowiła nie lada atrakcję.
Stromizny były niemałe. Ale widoki i odczucia - nie do zapomnienia. Tak więc bez komentarza,
kilka zdjęć poniżej:
PRZEŁĘCZ SZPIGLASOWA
2110 metrów. Szacunek. Wkońcu jest widok na drugą stronę. Z Przełęczy można albo iść na szczyt Szpiglasowy Wierch, albo w dół do Morskiego Oka. Żółtym szlakiem.
SZPIGLASOWY WIERCH
2172 metrów. Widoki ze szczytu - nieziemskie. Z jednej strony na Słowację, jezioro w dolinie Temnosmrecinskej,
natomiast po Polskiej stronie w oddali Morskie Oko, a nad nim Czarny Staw.
Cała wyprawa w tym miejscu osiąga punkt kulminacyjny, punkt z którego już będzie tylko niżej. Ale satysfakcja pozostanie. Cel zdobyty. Jesteśmy tam, gdzie już nie każdy dociera... a to krzepi. Wyżej już się nie da!
Początek i koniec. Alfa i Omega.
ZEJŚCIE
Żółty Szlak, który prowadzi ze Szpiglasowego Szczytu ciągnie się troszkę nawet, i pomimo że w większości składa się z poukładanych kamieni i nie jest mocno stromy ryzyko obsunięcia się nogi z kamienia jest duża, właśnie na teoretycznie zbyt łagodny charakter tego szlaku. Nam jeszcze się urozmaiciło, w sensie że spadł deszcz. Śliskie kamienie, nadchodząca burza - warunki zaczęły się pogarszać. Jednak wprawny krok, i pomimo dużej odległości znaleźliśmy się w schronisku w czasie przykazanym przez przyszlakowe tabliczki.
Główni bohaterowie widoków: Morskie Oko, Czarny Staw
Dopiero pod koniec zejścia tego odcinka, zaczęło się wyłaniać schronisko. Na całe szczęście z daleka nie było widać "korków" w schronisku... chodź przejście tego schroniska, to była tylko pieczątkowa formalność.
Droga z Morskiego Oka, czyli Szlak typu "LANS-DEPTAK" upłynął w tempie ekspresowym, gdyż zastosowaliśmy typowy zabijacz czasu w tego typu warunkach czyli grę w skojarzenia. Tak nam zeszło do Wodogrzmotów Mickiewicza.
BEZPIECZEŃSTWO
Przy Wodogrzmotach przeżyliśmy chwile, może nie tyle dramatyczne co bardzo emocjonujące i mam nadzieję mające odniesienie w przyszłości wypraw górskich i nie tylko. Dreptając asfaltem byliśmy świadkami akcji ratunkowej śmigłowca TOPR, który wisząc nieruchomo poniżej szczytu próbował podjąć akcję, jednak po jednym nieudanym podejściu odleciał na dalszy krąg, żeby wrócić spowrotem na miejsce. Odgłos helikoptera pomnożony spotęgowany został akustyką gór, skał i wywarł na nas duże wrażenie w kwestii bezpieczeństwa w górach. Na przyszłą wyprawę będziemy już lepiej przygotowani, co jednak będzie opisane niebawem.
DRZEWA
Emocje, które zafundował nam śmigłowiec TOPR'u byłyby ostatnimi w tym dniu, gdyby nie fakt, że w drodze powrotnej w okolicach GILOWIC napotkała nas tak silna ulewa, burza, wichura i gradobicie w jednym. Grad spadający przez blisko 20 minut, kulki wielkości kostek lodu zrobionych w zamrażalniku w lodówce MIŃSK, poprzewracane ogromne drzewa na drogi, zalane jezdnie... podtrzymały emocje dnia do samego końca.
"...Zamkną za mną drzwi
Nie zabiorę nic
Zamkną za mną drzwi
Nie zabiorę nic
I dopiero gdy zawoła Bóg
To pożegnam wszystkie te rzeczy i znów
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso
Pójdę boso..."








prosze wybaczyc za styl, błedy ale jest druga w nocy i nic juz nie widze. poprawie jutro :-)
OdpowiedzUsuń44 years old Administrative Assistant IV Tessa D'Adamo, hailing from Gimli enjoys watching movies like ...tick... tick... tick... and Origami. Took a trip to Tsingy de Bemaraha Strict Nature Reserve and drives a Alfa Romeo 6C 1750 Supercharged Gran Sport Spider. dowiedziec sie tutaj
OdpowiedzUsuń